1790 km. Ostatnia prosta

1

fot. Daniel Grodziński. Zdjęcie zrobione podczas przygotowań przed wyprawą

Na horyzoncie ciężkie chmury. Wokół martwa cisza. Wiem dobrze, co to oznacza, co będzie się działo w nocy.

Pompuję koło średnio co cztery kilometry. Nigdy nie byłem tak zmęczony. Uda i pachwiny mocno obtarte. Ból stawów, kolan, bioder. Przez kilka dni miałem biegunkę, na szczęście już jest jest lepiej.

Dziewięć dni temu wyszedłem z Dalanzadgad. Było bardzo zimno, w nocy jakieś – 7 stopni Celsjusza. Temperaturę dodatkowo obniżał mocny wiatr. Przez noc woda zamarzała w workach i odmarzała dopiero po południu. Nie chciałem ryzykować i trzymać worków w śpiworze, bo obawiałem się, że mogą się rozszczelnić. Po tylu dniach wędrówki skutki niskiej temperatury odczuwam dotkliwie. Trudno mi rozgrzać palce u rąk i u stóp.

Mijałem wioski, ale prawie się w nich nie zatrzymywałem. Przed wyprawą myślałem, że ten ostatni etap będzie łatwy, ale wcale nie był. Pękły mi dwie szprychy. Szedłem z psychicznym obciążeniem, nie mając pewności, czy koła się nie rozlecą. Miałem pomysł, żeby porzucić wózek, ale szczęśliwie turla się dalej. I mam nadzieję, że się doturla.

Zabrzmi głupio, ale zżyłem się z nim. Wiem, wiem, to tylko rzecz, ale zaczęliśmy tę drogę razem i fajnie by było, żebyśmy skończyli ją razem. Bardzo się wkurzam, kiedy napotkani ludzi go podnoszą. W ostatniej wiosce pijany mężczyzna próbował na nim usiąść.

Rozbiłem się trzy kilometry za wioską. Po chwili zatrzymał się stary UAZ. W środku siedziały trzy kobiety. Na oko miały koło pięćdziesiątki. Jechały do Sainshand. To meta mojej wyprawy. Zapytały, czy wszystko dobrze. Jedna z kobiet wyskoczyła z samochodu. Miała długą wełnianą tunikę, pomalowane paznokcie, na palcach masę pierścionków. Otworzyła korek od baku, wyjęła gumowego węża i sprawdziła, ile ma benzyny. Zakręciła bak, podniosła maskę samochodu, pogmerała jak rasowy mechanik. Odeszła dwa metry, podciągnęła tunikę, kucnęła, wysikała się i odjechała.

Czasami myślę, że działam na tych ludzi moczopędnie. Widzą mnie, zatrzymują, zagadują. A skoro się zatrzymali, to wykorzystują ten czas, żeby się wysikać. Większość nie przerywa nawet rozmowy, cały czas się na mnie patrząc.

Do Sainshand planuję dojść w poniedziałek koło południa. Czuję ulgę, że to już.

Kiedy przejechałem Canning Stock Route w Australii, czułem, że kończy się coś ważnego w moim życiu. Teraz też tak czuję, a jednak jest inaczej. Chyba nie złapałem więzi z pustynią Gobi, nie wydaje mi się, żeby po wyprawie pojawiła się we mnie tęsknota za tym miejscem. To pierwsze wnioski, na pewno zmienią wraz z upływającym czasem. Być może brak przywiązania wynika z nieprzewidywalności tego miejsca. Nie potrafię rozgryźć Gobi. W Australii po miesiącu na pustyni wiedziałem, jak ona funkcjonuje. Tutaj wciąż nie wiem. To olbrzymi obszar. Kiedy oddalam sobie mapę w GPS-ie, to nie mieści mi się w głowie, jaki kawał drogi pokonałem.

Przypomina mi się, jak chciałem zrezygnować po pierwszym tygodniu. Wszedłem w Ałtaj i wydawało mi się, że nie dam rady. Nawet próbowałem uszkodzić wózek – nie celowo, po prostu nie byłem dla niego delikatny. Jeśli ma się rozwalić, niech to stanie się tam, na początku. Ale wózek się nie rozwalił i nie dał mi alibi. I trzeba było iść.
Najwięcej po płaskim przeszedłem 170 km na Salar de Uyuni w Boliwii. Nie licząc tego, wcześniej najwięcej pokonałem 150 km podczas pielgrzymi do Częstochowy.
Nie jestem żadnym mocarzem, tylko zwykłym chłopakiem, który czasem ma cel i robi wiele, żeby go osiągnąć.

W sobotę przeszedłem 41 km. W niedzielę 34. W sumie już ok.  1790. Do końca 13.

5 komentarzy

  • Pewnie zdarza się, że słyszysz „zazdroszczę”. Czasami też słyszę takie słowo i bardzo mi w nim niezręcznie. Inne słowo – „podziwiam” wydaje się równie karykaturalne, bo tylko ja wiem jak bardzo w tych zazdroszczanych i podziwianych obszarach jestem kimś zupełnie zwykłym i tylko próbuję zrealizować cel.

    Może z Gobi tak jest. Przez wiele lat, wyobrażenie niekończącego się stepu było dla mnie jak tabletka uspokajająca, jak medytacja. Wystarczyło zamknąć oczy i całe ciało, i umysł uspokajało się.
    Nie wiem co takiego wydarzyło się na Gobi, że ten obraz przestał przychodzić, próbuję go czasami przywołać, by poczuć to co kiedyś, ale nic z tego. Nie przychodzi, nie uspokaja. Może będąc tam dłużej, uchwycisz jednak Gobi. Dzisiaj, dzięki Tobie powróciło do mnie jedno wspomnienie z pustyni – miłe wspomnienie. Dziękuję.
    Życzę by otarcia szybko się zagoiły, kończyny rozgrzały, a wózek razem z Tobą dotarł do celu.

  • Podziwiam determinację. Gratuluję! Niechże ta 13 -tka okaże się szczęsliwa
    i cel osiągnięty. Zastanawiam się jednak też, czymże jest to nasze pragnienie, które wyzwala kres wytrzymałości i na dodatek o ten kres w nim chodzi! Powodzenia 🍀

  • My pójdziemy spać, a Ty pewnie zaczniesz iść. Jak się obudzimy to będzie po wszystkim. Chciałeś, mogłeś, poradziłeś sobie. Dziękujemy, że dzieliłeś się z nami sobą. Pozdrawiamy.

  • Szacunek po stokroć!!!

    Czy po powrocie do kraju, wyleczeniu ran i otarć oraz zasłużonym odpoczynku, możemy liczyć na dokładniejszą relację z wyprawy i zdjęcia?

By Dominik Szczepański

   Mateusz Waligóra jest specjalistą od wyczynowych wypraw w najbardziej odludne miejsca planety. Szczególnym upodobaniem darzy pustynie, od Australii po Boliwię. Na koncie ma rowerowy trawers najdłuższego pasma górskiego świata — Andów, samotny rowerowy przejazd przez najtrudniejsza drogę wytyczoną na ziemi — Canning Stock Route w Australii Zachodniej oraz samotny pieszy trawers największej solnej pustyni świata — Salar de Uyuni w Boliwii.

Na co dzień pracuje jako stały współpracownik National Geographic Traveler oraz przewodnik wypraw trekkingowych na kilku kontynentach. Jego fotografie publikowały media na całym świecie, między innymi: The Guardian, Daily Mail, National Geographic, Globetrotter Magazin, 4-Seasons Magazin oraz Adventure Travel Magazine.

Autor książki ‘TREK’ nagrodzonej tytułem “Książka Górska Roku”, w kategorii “Przewodniki i poradniki górskie” na Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju. Ambasador marek Fjällräven i Primus.

www.mateuszwaligora.com

wybrane wyprawy:

2017

Druga wyprawa projektu ‘Before It Is Gone’: Victorinox Qhapaq Ñan, w góry Cordillera Vilcabamba w Perú

2017

Pierwsza wyprawa projektu ‘Before It Is Gone’: Chadar Aztorin Expedition na zamarzniętą rzekę Zanskar w Himalajach indyjskich

2016

Samotna zimowa wyprawa przez największy górski płaskowyż w Europie —  Hardangervidda w Norwegii

2015

Samotne przejście największej solnej pustyni świata — Salar de Uyuni w Boliwii

2014

Samotny rowerowy trawers najtrudniejszej drogi wytyczonej na Ziemi —  Canning Stock Route w Australii Zachodniej

2011-2013

Rowerowy trawers Andów — najdłuższego pasma górskiego świata wraz z Agnieszką Waligórą

2009

Rowerem przez Kubę śladami Buena Vista Social Club