250 km. Kryzys, przełęcz, martwy świstak i kluczowe dni

2

Kilka dni temu miałem kryzys. Myślałem nawet, czy nie przerwać wyprawy. Wnoszenie rzeczy na przełęcz było wykańczające. Miałem dość, byłem przestraszony. Zadzwoniłem do bliskich, wypłakałem się, zeszły ze mnie emocje, lęk pierwszego tygodnia wyprawy. Klasyczna huśtawka – czasem idzie mi się dobrze, myślę o kolejnych ekspedycjach, a czasem zastanawiam się, co zrobić, by ewakuować się stąd jak najszybciej, nigdy nigdzie już nie jechać, mieć ogródek, pójść do korporacji.

A teraz jestem wysoko – 2125 m n.p.m., chyba najwyżej na całej trasie. Udało się, wciągnąłem wózek pod najtrudniejszą przełęcz. Bardziej pod górę już nie będzie.

Złapałem kapcia. Musiałem rozpakować wózek i zdjąć oponę. W dętce zobaczyłem setki mikrodziurek. Usunąłem kolce, a dziurki wypełniłem specjalnym uszczelniaczem. Na razie działa. Zobaczymy, jak będzie rano.

W niedzielę przeszedłem 25 km, staram się, by to była moja dzienna średnia. Widziałem pierwszego świstaka w Mongolii. Nieżywego. Zwisał z kierownicy motoru. Prowadzący maszynę nomada nie pozwolił go sfotografować, bo spotkaliśmy się na obrzeżach ściśle chronionego rezerwatu Gobi B. Ustrzelił świstaka nielegalnie.

Innym razem nomadowie wytoczyli się z busa z butelką wódki w ręce. Wypiłem jedną nakrętkę, żeby ich nie urazić, a kolejnej odmówiłem, tłumacząc się zmęczeniem.

Spotkanym ludziom mówię, że idę do miasteczka oddalonego o siedem dni pieszej wędrówki. Na skraju tego miasteczka powinna być woda. O celu wyprawy nie wspominam, bo i tak mi nie wierzą.

Pić, pić się chce strasznie. Nie udaje mi się z tym walczyć, nie potrafię powiedzieć sobie, że dziś wypiję tylko pięć litrów. Teraz mam ze sobą 45 litrów. Średnio piję 10 litrów dziennie. Pozwalałem sobie na to do tej pory, bo wiedziałem, że trafię na wodę na kolejnych odcinkach drogi. Ale teraz – jeśli wierzyć ludziom – ma się to zmienić. Wielu mówi, że w strumieniach i rzekach, które mam napotkać w kolejnych dniach, nie ma wody. Jeśli rzeczywiście jej nie ma, czeka mnie ewakuacja. Koryta rzek, które mijałem do tej pory na ogół były suche.

Mam obtarte uda, ropieją mi pachwiny, ale jeszcze zwlekam z antybiotykiem. Idę w bokserkach. Musi to wyglądać groteskowo, ale to jedyny sposób na wietrzenie ud. Stopy w porządku, drobne pęcherze. Czasem zaboli kolano, plecy, ale ciało już się przyzwyczaiło do wysiłku.

Dnie są gorące, noce chłodne, w niedzielę mocno wiało mi w twarz. Najbardziej lubię wieczory. Rozbijam namiot, włączam kuchenkę, robię notatki. Najbardziej smakują mi zupki chiński – są słone i tłuste. Najgorsze są poranki, kiedy wszystko zaczyna się na nowo.

W środę wychodzę z Ałtaju bardzo stromą drogą. Jeśli nie uszkodzę wózka, nie wydarzy się żadna katastrofa, to wejdę na właściwe Gobi.

Przeszedłem ok. 250 km. Przede mną jeszcze 1550. Powtarzam sobie mój ulubiony cytat z książki Marka Kamińskiego: „Trzeba iść”.

12 komentarzy

  • Zaglądam tu prawie codziennie, oczekując kolejnego wpisu. Życzę dalszej determinacji i wiary w sukces. Trzymam kciuki z całych sił! Chwała i cześć takim „szaleńcom” 🙂

  • Mateusz idź do przodu, próbuj, walcz…Łatwo nam jest pisać, ale Ty najlepiej wiesz ile twój organizm jest w sta wytrzymać w takich warunkach…Wiedz tylko, że cokolwiek zdecydujesz my i tak będziemy bardzo dumni że mamy takiego odważnego, wyjątkowego kuzyna…

  • Nie poddawaj się; jeszcze nie czas na korporację i ciepłe kapcie. Nawet nie wiesz, jaki jesteś silny. Jakbyśmy mogli, to przywiźlibyśmy ci nową oponę i wodę na na skuterku z serwisu. Skup się, popatrz jeszcze raz na mapy, na pewno znajdziesz rozwiązanie. Wierzymy w ciebie

  • O Twojej wyprawie na Gobi dowiedziałam się z Radia ZET parę dni temu. Przeczytałam o Tobie, o Was w necie wiele. A teraz śledzę Twoje wpisy zapartym tchem. Byłam i na Atakamie i na Gobi. Niezwykłe i piękne miejsca na Ziemi. W głowie mam obrazy stamtąd, zapachy /są rejony Gobi, które pachną świeżą cebulką, ale to chyba nie ten z Twojego zdjęcia :):):)/ i wiem, jak trzeba uważać na ostrą trawę. Jaka jest cisza i jak przeźroczyste potrafi być powietrze.
    Ale ja jeździłam po tych miejscach samochodem i zawsze mieliśmy przewodnika.
    Myślę o Tobie jak idziesz tymi bezdrożami sam. Nikt Ci nie podpowiada, w którą odnogę rozwidlającej się nagle drogi masz skręcić a takich decyzji trzeba tam podjąć tysiące.
    Myślę, jak musi działać na samotnego człowieka bezkres traw, kamieni/skał, czy tego, czegoś, co składa się
    na Gobi.
    Dlatego całą duszą jestem z Tobą. Jesteś bardzo silnym człowiekiem.
    Trzymam za gojenie Twoich ran /uda i pachwiny/, moc psychiki i znalezienie wody w najbliższych dniach!!!

   Mateusz Waligóra jest specjalistą od wyczynowych wypraw w najbardziej odludne miejsca planety. Szczególnym upodobaniem darzy pustynie, od Australii po Boliwię. Na koncie ma rowerowy trawers najdłuższego pasma górskiego świata — Andów, samotny rowerowy przejazd przez najtrudniejsza drogę wytyczoną na ziemi — Canning Stock Route w Australii Zachodniej oraz samotny pieszy trawers największej solnej pustyni świata — Salar de Uyuni w Boliwii.

Na co dzień pracuje jako stały współpracownik National Geographic Traveler oraz przewodnik wypraw trekkingowych na kilku kontynentach. Jego fotografie publikowały media na całym świecie, między innymi: The Guardian, Daily Mail, National Geographic, Globetrotter Magazin, 4-Seasons Magazin oraz Adventure Travel Magazine.

Autor książki ‘TREK’ nagrodzonej tytułem “Książka Górska Roku”, w kategorii “Przewodniki i poradniki górskie” na Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju. Ambasador marek Fjällräven i Primus.

www.mateuszwaligora.com

wybrane wyprawy:

2017

Druga wyprawa projektu ‘Before It Is Gone’: Victorinox Qhapaq Ñan, w góry Cordillera Vilcabamba w Perú

2017

Pierwsza wyprawa projektu ‘Before It Is Gone’: Chadar Aztorin Expedition na zamarzniętą rzekę Zanskar w Himalajach indyjskich

2016

Samotna zimowa wyprawa przez największy górski płaskowyż w Europie —  Hardangervidda w Norwegii

2015

Samotne przejście największej solnej pustyni świata — Salar de Uyuni w Boliwii

2014

Samotny rowerowy trawers najtrudniejszej drogi wytyczonej na Ziemi —  Canning Stock Route w Australii Zachodniej

2011-2013

Rowerowy trawers Andów — najdłuższego pasma górskiego świata wraz z Agnieszką Waligórą

2009

Rowerem przez Kubę śladami Buena Vista Social Club