WODA TO ŚWIĘTOŚĆ

W

Przez pustynię cały czas idziesz z niepewnością, czy za trzy dni, gdy skończy się zapas wody, znajdziesz studnię. Innymi słowy – na pustyni cały czas żyjesz w niepewności. Przez 70 dni, 1800 km, nie ma drogi wstecz i to jest zachwycające w tej wyprawie. Albo idziesz naprzód albo wzywasz ekipę, która cię ewakuuje.

Z Mateusz Waligórą rozmawia Dominik Szczepański

 

Dlaczego wybrałeś pustynię Gobi?

– Chciałem jechać na pustynię Takla Makan, ale liczba formalności, pozwoleń, które musiałbym otrzymać, była tak duża, że stwierdziłem „skoro nie chcą mnie w Chinach, to pojadę do Mongolii”. Gobi jest jeszcze większa, może trudniejsza. A na pewno zdecydowanie dłuższa.

Kiedy się zdecydowałeś?

– Do wyprawy przygotowuję się od trzech lat, a od dwóch wiem, że jadę na Gobi.

Zawsze twierdzę, że mając zapas czasu i pieniędzy będę jeździł do Ameryki Południowej, która mnie fascynuje i którą coraz lepiej rozumiem. Spędziłem tam łącznie ze 3 lata – razem z żoną przejechaliśmy też ten kontynent na rowerach. Potem wracałem tam zarówno sam jak z i grupami trekkingowymi, które prowadziłem. Przeszedłem największą solną pustynię świata – Salar de Uyuni, byłem w Patagonii, na Atakamie. Dość dobrze poznałem więc pustynie na tym kontynencie. To one mam nadzieję przygotowały mnie do przejścia Gobi. A teraz wierzę, że wyprawa na Gobi będzie przygotowaniem do kolejnych ekspedycji, które będą jeszcze dłuższe i pewnie trudniejsze.

Zostawiam więc na chwilę Amerykę Południową, miłość do kontynentu przegrała z uczuciem, którym darzę pustkowia.

Czym się różnią te wszystkie pustynie, o których wspomniałeś?

– Mówiąc o pustyniach mam na myśli głównie pustkowia – to moja prywatna definicja. Rozległe, odludne przestrzenie.

Najbardziej charakterystyczna jest Salar de Uyuni. Robi olbrzymie wrażenie. Jeśli jesteś tam raz, to podświadomie czujesz, że chciałbyś kiedyś wrócić. Tak było ze mną. Pierwszy raz pojechaliśmy tam na rowerach z Agnieszką. Po dwóch latach wróciłem, ale pieszo. Na Salarze nie ma życia, zapachów, dźwięków i wody. Całkowita pustka i brak jakichkolwiek bodźców sprawiają, że umysł się oczyszcza. Na tamtym etapie życia bardzo tego potrzebowałem.

Patagonia jest tak wielka i zróżnicowana, że trudno mówić o jednym miejscu, regionie. Patagonia to lodowce, ekstremalnie trudne do zdobycia góry, fiordy po stronie chilijskiej, ale też olbrzymi step w Argentynie. Trudno go przemierzyć, bo jest poszatkowany płotami Estancii (gospodarstw) i poruszanie się tam jest dosyć skomplikowane.

Atakama to pustynia, na którą jeszcze chyba kiedyś wrócę. Mam pomysł, żeby przejechać jej wysokogórską część na rowerze o grubych oponach, czyli fatbike’u i zdobyć dziesięć sześciotysięczników, które znajdują się w tym regionie. Atakama jest dla mnie szczególna, bo tam zacząłem przezwyciężać swoje lęki.

Jakie?

– Zacząłem jeździć na pustynię, bo zawsze bałem się, że w takim miejscu zabraknie mi wody. Przez kilka lat nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało – pojechałem na Atakamę zmierzyć się z samym sobą i uświadomić sobie, jakie są moje granice. I tam największy strach zamienił się w największą pasję.

Minął całkiem?

– Nie, ale to nie o to chodzi by strach minął. Potrafię nad nim zapanować, i o to chodziło.

Ja w ogóle obawiam się wielu rzeczy. A teraz przygotowując się do Gobi, mam wrażenie, jakbym oglądał kogoś z boku. Odsuwam w myślach fakt, że to ja tam jadę i będę musiał przejść 1800 km, jakoś znaleźć wodę i poradzić sobie sam ze wszystkimi swoimi strachami. Pustynie przemierza się głową.

To dobrze się bać?

– Tak, bo dzięki lękowi nie pakujemy się w niepotrzebne kłopoty. Wierzę, że dzięki strachowi w zbyt ryzykownym momencie zrobię krok do tyłu. Mam jeden skuteczny sposób – kiedy przeraża mnie wizja najbliższej wyprawy, wymyślam sobie kolejną, jeszcze trudniejszą. W jakiś sposób mnie to uspokaja. Teraz to szczególnie ważne, bo wiem, że kiedy znajdę się na miejscu, lęk minie. Zastąpi go ból, ale też wewnętrzny spokój. Nastąpi po prostu dostrajanie się do wyprawowego rytmu.

Co to takiego?

– Wyprawa dzieli się na kilka etapów. Pierwszy jest najtrudniejszy, bo ciało przyzwyczaja się do wysiłku, któremu musisz sprostać. Ważna jest też głowa – robisz pierwsze kroki i musisz mieć świadomość konsekwencji drogi, którą obrałeś.

Po pierwszym, drugim, czasami nawet trzecim tygodniu łapię rytm. Wszystko gra. W głowie jest poukładane, ciało pracuje, jest przyzwyczajone do wysiłku. I wtedy następuje najlepszy etap, kiedy jestem już zaaklimatyzowany. Ostatni etap to czas gdy cieszysz się, że widać już metę, ale z drugiej strony czujesz, że wyprawa mogłaby jeszcze trochę potrwać, to taki etap paradoks, który uzależnia.

Ciało przyzwyczaja się poprzez wysiłek. A głowa?

– Nie myślę o tym, że chcę przejść pustynię Gobi, bo gdybym tak stawiał sprawę, chyba by mnie to przerosło. Reinhold Messner w swojej książce „Gobi” bardzo często wspomina, jak ogromną przestrzeń stanowi Gobi, i jak bardzo go ta przetrzeń przeraża. Skupiam się więc na pierwszych dwóch tygodniach. To pozwala zachować mi spokój. Oczywiście, muszę wiedzieć, co czeka mnie później, ale koncentruje się na mniejszych etapach, nie na całości. W tej chwili planuję więc drobiazgowo pierwsze dni.

Podobne uczucia towarzyszyły mi podczas samotnej rowerowej wyprawy na Canning Stock Route, jedną z najtrudniejszych dróg na świecie wytyczonych przez człowieka. Nawet w połowie wyprawy nie myślałem, że dojadę do celu. Starałem nie dopuszczać do siebie tej myśli, bo wtedy łatwo o błąd. Dzięki temu strach zastępowany jest przez ciągłe skupienie. Musisz się koncentrować, bo jeśli zrobisz coś źle, będziesz miał problem. Nikt ci nie pomoże, jesteś zdany tylko na siebie. Skupiasz się więc na zabraniu odpowiedniej ilości wody, schowaniu w nocy butów do namiotu. Szczegóły, o których nie myślisz na co dzień, na pustyni urastają do rangi rytuałów. Dzięki skupieniu strach ustępuje, bo wiesz, co masz robić.

Na Gobi czeka mnie 70-80 dni marszu, codziennego powtarzania tych samych czynności.

Brzmi jak totalna nuda!

– Na pustyniach nie ma zbyt wielu miejsc, które skupiają uwagę. Krajobraz jest monotonny, krok nadaje rytm, głową możesz być w dowolnym miejscu. Medytujesz. Marsz jest pasjonującą podróżą wykonywaną przez umysł. Na co dzień nie ma szans, by mieć dla siebie tyle czasu.

W domu nie czytam Pisma Świętego. Ale nie ma lepszej lektury na pustyni, dlatego jest to jedyna książka, którą ze sobą zabieram. Nigdy się nie nudzi, nawet gdy czytasz ją po raz kolejny i kolejny znajdujesz coś nowego.

Istnieje taki stereotyp w świecie podróżniczym – „jadę na wyprawę odciąć się od wszystkiego, od myślenia”.

– Z osobami, które pieszo przemierzają pustynie musi być „coś nie tak”, raczej rzadko podlegają stereotypom. Im bliżej do wyjazdu, tym bardziej jakaś część mnie tęskni do momentu, kiedy przygotowania będę miał za sobą. Tęskni do chwili, gdy będę mógł iść i myśleć. Nic więcej.

Wszystkie moje wyprawy łączy jedna wspólna cecha: przemierzam puste przestrzenie, na ogół samotnie i dzięki własnym mięśniom. Zmęczenie fizyczne daje mi frajdę.

Dlaczego chcesz przejść Gobi samotnie?

– Nie wiem do końca, dlaczego chcę przejść Gobi. Dlaczego nie? Wiem natomiast dlaczego chcę to zrobić w samotności. Nie wyobrażam sobie ruszenia tam z kimś, bo byłoby to zaprzeczeniem powodu, dla którego chcę się tam znaleźć. Na pustynię ruszam, by odnaleźć samotność, spokój i ciszę.

Wyprawa na Canning Stock Route zmieniła moje podejście do samotności. Była to wyprawa pełna cierpienia, nie tylko fizycznego – w domu został mój nowonarodzony syn. Po pierwszych dwóch tygodniach przyzwyczaiłem się do samotności, stała się ona moim sprzymierzeńcem. Gdy po pięciu dniach spotkałem ludzi, to ich obecność mnie bardzo drażniła.

Takich spotkań obawiam się też na Gobi. Zwierzęta w świadomy sposób nie są chyba zdolne do tego, do czego zdolny jest człowiek. Jeśli natura wyrządza ci krzywdę, to robi to nieświadomie. Z człowiekiem nie ma już takiej pewności.

Wiem, że na Gobi z ludźmi może być różnie. Spotkania z pijanymi osobami były zmorą wielu podróżników, którzy ruszali tam przede mną. Z drugiej strony Gobi to ziemia koczowników, gdy otworzysz przewodnik po Mongolii bez wątpienia znajdziesz tam wiele opisów gościnności jej mieszkańców. A jak się trafi w gościnę, to czy można odmawiać?

Chodzi też o styl. Czy przyjmuje się coś – poczęstunek, wodę – od napotkanych na trasie osób.

– Dla mnie nie ma to wielkiego znaczenia – paczka ciastek niczego nie zmieni. Jedzenia nie powinno mi zabraknąć, będę miał go ok. 60 kg i wiózł na specjalnie stworzonym na tę wyprawę wózku. Będę jadł żywność liofilizowaną LyoFood. Jest idealna na pustynie, bo na jeden posiłek potrzeba około 350 ml gorącej wody. To niewiele. W sytuacji podbramkowej możesz nawet użyć zimnej, nie będzie wówczas pyszny, ale dostarczy potrzebnych składników odżywczych. Można zjeść go też na sucho. Dziennie będę jadł dwa duże posiłki. O połowę mniej niż członkowie brytyjsko-australijskiej wyprawy, którzy idąc przez Gobi w ubiegłym roku schudli od 9 do 20 kg. Zabrali za dużo jedzenia, nie byli w stanie wszystkiego ciągnąć, musieli wrzucić jedzenie do samochodu, który wyszukiwał im drogę i źródła. Ja samochodu nie będę miał. Ale znam swój organizm. Wiem, że kiedy jest naprawdę gorąco, to przede wszystkim odczuwam pragnienie, a nie głód. To też powód, dla którego ruszam na pustynię z lekką nadwagą. Na takich wyprawach chudniesz błyskawicznie. Jeśli nie masz zapasów tłuszczu, spalasz mięśnie. Zauważyłem to na Canningu – w drugiej części wyprawy, kiedy mogłem pozwolić sobie na jedzenie dwóch posiłków liofilizowanych dziennie, jadłem jeden – na siłę. Było tak gorąco, że mój organizm wolał zjadać siebie niż trawić pokarm, który dostarczałem mu na bieżąco.

Wracając do poczęstunków – mogą być zdradliwe, szczególnie na pustyni, gdy jesteś odwodniony. Najmniejszy problem żołądkowy po spożyciu czegoś, czym poczęstowano cię w dobrej wierze, może być bardzo poważnym kłopotem.

Brak wody jest zabójczy. Jeżeli zabraknie mi jedzenia – wytrzymam. Człowiek może przetrwać bez posiłku trzy tygodnie. Bez wody? Trzy dni.

Ta wyprawa to opowieść o wodzie. Czy uda mi się ją odnaleźć? Na Gobi są miejsca, gdzie jednego roku woda występuje, następnego nie. I nigdy nie możesz mieć pewności.

A pomysł z samochodem, który jechałby przed tobą i szukał ci źródeł?

– To odebrałoby tej podróży charakter.

Jeśli jesteś himalaistą to zabierasz ze sobą zapasy żywności i gazu, a reszta zależy w dużej mierze od twojego postępowania. Wodę masz niemal zawsze z topionego śniegu i lodu. Gdy jesteś kajakarzem, który płynie przez Atlantyk, twoje przeżycie zależy od zapasów jedzenia, które zabrałeś i odsalarki. Tak długo jak jest sprawna masz wodę niezbędną do przeżycia i skupiasz się na zadaniu do wykonania. Na pustyni rządzi niepewność. Nie wiesz czy za trzy dni, gdy skończy ci się zapas wody, będziesz miał gdzie jej zaczerpnąć. Czy studnia nie będzie sucha i czy w ogóle uda Ci się ją odnaleźć. Ta niepewność bywa wykańczająca, wymaga bardzo mocnej psychiki. Maksymalnie mogę ciągnąć za sobą na wózku 120 litrów wody. To zapas na 8-10 dni. Zasięg marszu to 30-40 km dziennie. Margines błędu jest więc bardzo mały. Nie ma go prawie wcale.

Woda to świętość, która wyzwala nie niespotykane emocje. W Australii gdy docierałem do studni i odnajdywałem w niej wodę nie potrafiłem powstrzymać łez. To silne emocje.

Jak się znajduje wodę na Gobi?

– Nie będę szedł tylko przez Gobi, ale też przez góry Ałtaj – na początku wyprawy. Tam problem z wodą będzie mniejszy, dzięki źródłom i rzekom. Wody może być tam wręcz za dużo, po burzy rzeki okresowe są bardzo rwące i ich przekraczanie staje się niebezpieczne.

Potem wejdę na pustynię. Najdłuższy odcinek bez wody, z którym przyjdzie mi się zmierzyć liczy ponad 300 kilometrów. To 10 dni marszu. Niestety to właśnie tam teren będzie najgorszy, najbardziej piaszczysty – otwarta przestrzeń bez żadnego cienia. Będą to prawdopodobnie najtrudniejsze dni wyprawy. Szczęśliwie ten odcinek kończy się w Dalanzadgad, największym mieście południowej Mongolii. Będę więc szedł z myślą, że za kilka dni dotrę do wody. Sir Ernest Shackleton powiedział, że trudności są niczym więcej niż rzeczami, które trzeba pokonać. I tak jest. Przychodzi trudniejszy odcinek wyprawy i musisz się z nim zmierzyć. Na końcu masz wodę.

Nie ma drogi wstecz i to jest zachwycające w tej wyprawie. Albo idziesz naprzód albo wzywasz ekipę, która cię ewakuuje.

Znalezioną wodę będę musiał też oczyścić. Woda na Gobi jest brudna, szczególnie ta w rzekach. Inne wyprawy korzystały z filtrów grawitacyjnych, które po kilku dniach podłej wody ulegają zapchaniu. Ja zabieram filtr mechaniczny. Pierwszy na świecie, który filtruje także wirusy. Został stworzony na potrzeby (a jakże!) amerykańskiej armii. Jest to również pierwszy filtr, który się sam oczyszcza, a to ogromna zaleta, bo nie traci się czasu i energii.

Z Dalanzadgad zostanie mi jeszcze 500 km do Sainshand, gdzie chcę skończyć wyprawę. Na tym odcinku leżą trzy osady. Nie wiem czy słusznie, ale tego fragmentu ekspedycji boję się najmniej. Będę już mocno przyzwyczajony do wysiłku, mocny psychicznie, bo największe trudności będą już za mną. No i wizja końca wyprawy mocno popycha do przodu. Z drugiej jednak strony wyczerpanie fizyczne będzie wówczas największe.

Czego spodziewasz się na końcu drogi?

– Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że tam nic nie czeka. Nie ma celu, do którego dążę, nie będzie spotkania z rodziną, czy innej nagrody. To, że dojdę do Sainshand absolutnie niczego nie zmieni. Chyba.

Swoje szanse na przejście pustyni Gobi oceniam na 20 proc. Kiedy powiedziałem o tym mojej żonie, zapytała: to po co tam idziesz? Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem, co mam jej powiedzieć. A może odpowiedź jest prosta? Bo 20 proc. szans to 20 proc. A nie zero. I choćby dlatego warto spróbować.

Jakie inne trudności czekają cię na Gobi?

– Południe Gobi zamieszkują niedźwiedzie, ale nie będę miał z nimi styczności. Wiem też o śnieżnych panterach, ale spotkanie ich należy zaliczać do szczęścia. Kiedy jedziesz na pustynię, musisz zaakceptować fakt, że żyją tam węże, pająki, skorpiony. Albo je spotkasz albo nie – jest to ryzyko, z którym godzisz się już na starcie. Część przygody. Nie ma sensu ich gloryfikować. Bardziej obawiam się wilków. Sarah Marquis, która dwukrotnie podejmowała próbę przejścia Gobi, regularnie nad ranem spotykała watahy przy swoim namiocie.

Żadne zwierzęta nie uprzykrzają życia tak jak rośliny. Te rosnące na pustyni, najczęściej są kłujące. Dziurawią opony, dętki. W Australii rośnie trawa spinifex, ostra jak igły – nie ma w tym krzty przesady. Podobno trawa na Gobi również potrafi dać się we znaki.

Zagrożeniem są też burze piaskowe. Staram się o nich nie myśleć, bo są przerażające. Sytuację ocenię na miejscu. W Australii na pustyni najbardziej przerażał mnie deszcz, kiedy widziałem ciemne chmury, robiło mi się słabo. Podobnie może być tutaj. Na filmach i zdjęciach widziałem, jak wyglądają te burzy. To kilometry pyłu w pionie.

Co zrobisz, jeśli złapie cię taka burza?

– Nie wiem. Spróbuję pewnie ukryć się pod wózkiem, oddychać przez maskę, owinąć się płachtą biwakową, przeczekać. Może w namiocie? Zobaczę. Nomadzi chowają się jurtach, może będę miał szczęście i akurat będą w pobliżu, wierzę, że oni nauczą mnie tego jak sobie radzić.Nie ma sensu przejmować się tym na co nie masz wpływu. Czasem musisz być jak Miodożer – wziąć wszystko takim jakie jest.

2 komentarze

  • Dobrze Wam wychodzą te wywiady z Dominikiem. Dużo można się dowiedzieć i dobrze, że odpowiadasz dość szeroko na pytania.
    Ta wyprawa to zupełnie inna skala trudności od tego co robimy teraz z Gosią, się jednak w tym wywiadzie odnajduję trochę siebie. Emocje bywają podobne, tylko okoliczności inne.
    Trzymaj się, trzymany bardzo mocno kciuki! Jesteś wielki.

   Mateusz Waligóra jest specjalistą od wyczynowych wypraw w najbardziej odludne miejsca planety. Szczególnym upodobaniem darzy pustynie, od Australii po Boliwię. Na koncie ma rowerowy trawers najdłuższego pasma górskiego świata — Andów, samotny rowerowy przejazd przez najtrudniejsza drogę wytyczoną na ziemi — Canning Stock Route w Australii Zachodniej oraz samotny pieszy trawers największej solnej pustyni świata — Salar de Uyuni w Boliwii.

Na co dzień pracuje jako stały współpracownik National Geographic Traveler oraz przewodnik wypraw trekkingowych na kilku kontynentach. Jego fotografie publikowały media na całym świecie, między innymi: The Guardian, Daily Mail, National Geographic, Globetrotter Magazin, 4-Seasons Magazin oraz Adventure Travel Magazine.

Autor książki ‘TREK’ nagrodzonej tytułem “Książka Górska Roku”, w kategorii “Przewodniki i poradniki górskie” na Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju. Ambasador marek Fjällräven i Primus.

www.mateuszwaligora.com

wybrane wyprawy:

2017

Druga wyprawa projektu ‘Before It Is Gone’: Victorinox Qhapaq Ñan, w góry Cordillera Vilcabamba w Perú

2017

Pierwsza wyprawa projektu ‘Before It Is Gone’: Chadar Aztorin Expedition na zamarzniętą rzekę Zanskar w Himalajach indyjskich

2016

Samotna zimowa wyprawa przez największy górski płaskowyż w Europie —  Hardangervidda w Norwegii

2015

Samotne przejście największej solnej pustyni świata — Salar de Uyuni w Boliwii

2014

Samotny rowerowy trawers najtrudniejszej drogi wytyczonej na Ziemi —  Canning Stock Route w Australii Zachodniej

2011-2013

Rowerowy trawers Andów — najdłuższego pasma górskiego świata wraz z Agnieszką Waligórą

2009

Rowerem przez Kubę śladami Buena Vista Social Club